• TECHNOFOBIA
  • Posts
  • Autentyczność nie sprzedaje? | TECHNOFOBIA | Newsletter Artura Kurasińskiego

Autentyczność nie sprzedaje? | TECHNOFOBIA | Newsletter Artura Kurasińskiego

W świecie mediów społecznościowych nowe aplikacje wychodzą jak grzyby po deszczu – szybko zdobywają popularności, ale równie szybko upadają. Niewiele z nich może się pochwalić taką sinusoidą jak BeReal. Niegdyś okrzyknięta "anty-Instagramem", aplikacja szturmem podbiła serca pokolenia Z. Jednak jej gwiazda zgasła niemal równie gwałtownie, jak rozbłysła.

Historia rozpoczyna się w 2020 roku, w szczytowym okresie pandemii. Dwóch francuskich programistów miało ambicję, by wywrócić do góry nogami świat mediów społecznościowych.

Alexis Barreyat, który dopiero co porzucił stanowisko w GoPro, wraz z Kévinem Perreau pracowali nad projektem, który w ich mniemaniu miał wywrócić stołek w społecznościówkach. Chcieli pokazać prawdziwie ludzką twarz – dać ludziom przestrzeń, w której mogliby dzielić się autentycznymi momentami ze swojego codziennego życia. Bez filtrów i starannej selekcji treści.

BeReal stał się globalnym fenomenem. W ciągu zaledwie półtora roku od premiery wdarł się na pierwsze miejsce w App Store, gromadząc ponad 80 milionów pobrań. Użytkownicy mieli jedno, proste zadanie – raz dziennie, o losowej porze, otrzymywali powiadomienie z prośbą o uchwycenie tego, co właśnie robią. Bez edycji i wcześniejszego przygotowania.

Aplikacja jednocześnie przechwytywała obraz z przedniej i tylnej kamery, pokazując zarówno fotografującego, jak i jego otoczenie w nieocenzurowanej i surowej migawce prawdziwego życia. Koniec z idealnymi kadrami z wakacji. Koniec z perfekcyjnie ułożonymi fryzurami przed zdjęciem. Koniec z setkami ujęć, by wybrać to najlepsze.

Jak to działało w praktyce? Po odebraniu powiadomienia, któremu towarzyszył łatwo rozpoznawalny dźwięk alarmu, użytkownicy mieli zaledwie dwie minuty na uchwycenie siebie i swojego otoczenia. 

Chociaż techniczne możliwe było zignorowanie powiadomienia i opublikowanie zdjęcia później, takie opóźnienie wiązało się z kosztami społecznymi. Twoi znajomi wiedzieli, że oszukujesz. 

GENIUSZ ODPOWIEDZIALNOŚCI

Jeśli przeglądałeś posty znajomych, ale sam nie udostępniłeś jeszcze własnych, aplikacja bezlitośnie to ujawniała. Wszelkie zdjęcia zrobione poza dwuminutowym oknem były wyraźnie oznaczone jako „spóźnione”. Co więcej, BeReal bezwzględnie pokazywał, ile razy ponowniłeś próbę zrobienia zdjęcia przed opublikowaniem, co jeszcze bardziej zniechęcało do obsesji na punkcie perfekcji.

Nie było filtrów ani obszernych opcji edycji. Na papierze te ograniczenia mogły wydawać się przeszkodą, a nawet odstraszać potencjalnych użytkowników. Dlaczego ktoś miałby chcieć korzystać z platformy społecznościowej, która ogranicza czas i sposób publikowania? Która zmusza do pokazania siebie takim, jakim się jest naprawdę, często w najmniej sprzyjających okolicznościach?

Ale to właśnie ta pozorna sztywność sprawiła, że appka stała się magnesem dla pokolenia zmęczonego idealnym światem social mediów. 

Co ciekawe, droga BeReal wcale nie była łatwa. Kiedy Alexis i Kévin uruchomili aplikację, jej początkowy odbiór był średni. Przez niemal dwa lata pozostawała ona w cyfrowym cieniu, praktycznie nieznana szerszej publiczności.

Następnie, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wzrost eksplodował.

Na początku 2022 roku BeReal mógł pochwalić się skromną liczbą – niewiele ponad milion pobrań od momentu uruchomienia w 2020 roku. Do października tego samego roku liczba ta wystrzeliła do 53 milionów, z 20 milionami aktywnych użytkowników dziennie. W lipcu zajęli pierwsze miejsce w App Store, a do końca roku łączna liczba pobrań osiągnęła 83 miliony.

Za tak widowiskowym wzrostem stała kumulacja młodych użytkowników. Około 80% z nich miało mniej niż 25 lat – Pokolenie Z ciepło przyjęło tę aplikację. Nie był to przypadek, lecz wyraźne odzwierciedlenie zmieniających się wartości i priorytetów młodszych użytkowników mediów społecznościowych.

Byli antidotum na wszechobecne FOMO. To radykalne odejście od perfekcji odpowiadało grupie, która jest świadoma wpływu sociali na ich zdrowie psychiczne.

GIGANCI KOPIUJĄ, UŻYTKOWNICY ODCHODZĄ

Gwałtowny wzrost popularności nie umknał uwadze branżowych gigantów. Instagram szybko opracował własną wersję funkcji BeReal, próbując wykorzystać nowe podejście do udostępniania treści. Sam fakt, że uznane platformy starały się skopiować to rozwiązanie, zdawał się potwierdzać jego potencjał.

Tym bardziej zastanawiające jest to, co stało się później.

Chociaż dokładne statystyki dotyczące aplikacji są ograniczone, analitycy oszacowali, że w październiku 2022 roku BeReal miał około 15 milionów aktywnych użytkowników dziennie. Do marca 2023 roku – zaledwie pięć miesięcy później – liczba ta spadła do około 6 milionów. Spadek o 60%.

Pobrania także pikowały. Po świetnym wyniku 83 milionów pobrań w 2022 roku, w 2023 roku aplikacja zyskała już tylko 28 milionów nowych instalacji. Spowolnienie utrzymało się do 2024 roku, a zaangażowanie i zainteresowanie kurczyły się w zastraszającym tempie.

Co poszło nie tak? 

Podobną historię przeżył Vine. Gdy wystartował w 2012 roku, był w zasadzie pionierem tego, co później stało się terytorium TikToka – pionowej platformy wideo skupionej shortsach. Podobnie jak BeReal, Vine również miał swoją charakterystyczną sztuczkę: wszystkie filmy musiały trwać sześć sekund lub mniej.

To ograniczenie stało się źródłem niesamowitej kreatywności i komizmu, dając początek wielu viralom.

Do 2013 roku stali się najszybciej rozwijającą się aplikacją na świecie. Dwa lata później liczba aktywnych użytkowników miesięcznie sięgnąła 200 milionów – niemal dorównując bazie użytkowników Twittera. To właśnie wtedy Twitter postanowił przejąć platformę.

Vine zasadniczo wyprzedził TikToka o kilka lat, dominując w mediach społecznościowych na długo przed wejściem chińskiej aplikacji na rynki zachodnie.

Jednak pomimo swojej wszechobecności i niepodważalnego wpływu na kulturę, Vine zniknął równie szybko, jak się pojawił. Głównym powodem była niezdolność do monetyzacji.

Platforma nie oferowała reklam, sponsoringu ani tantiem dla twórców. Twitter zasadniczo utrzymywał platformę z 200 milionami użytkowników bez żadnego strumienia przychodów – model biznesowy niemożliwy do utrzymania według jakichkolwiek standardów ekonomicznych.

Monetyzacja to nie wszystko. Sama idea, która przyniosła Vine’owi sławnę – sześciosekundowe filmy – ostatecznie stała się jego piętą achillesową.

Choć początkowo format był innowacyjny i inspirujący, to w rzeczywistości poważnie ograniczał te rodzaje treści, które mogły rozwijać się na platformie. Podczas gdy YouTube, a później TikTok, dostosowywały się do różnych kategorii i stylów treści, Vine pozostawał zamknięty w klatce bardzo specyficznych rodzajów skeczy komediowych.

Aby spojrzeć na to z innej perspektywy – nawet YouTube Shorts, początkowo ograniczony do jednej minuty, został rozszerzony do trzech, aby zapewnić twórcom większą swobodę i możliwości rozwoju.

W styczniu 2017 roku ostatecznie zamknięto projekt Vine. Jego rozwój utknął w martwym punkcie, a bez realnej strategii biznesowej platforma stała się jedynie generatorem kosztów. Ani Twitter, ani założyciele Vine nie potrafili znaleźć odpowiedzi na kluczowe pytanie: jak przekształcić popularną aplikację w zrównoważony biznes?

Co to wszystko ma wspólnego z BeReal? Niestety wpadli w tę samą pułapkę.

OFIARA WŁASNEGO SUKCESU

Aplikacja działała bez żadnej strategii monetyzacji. Bycie „anty-Instagramem" nie polegało tylko na promowaniu autentyczności – oznaczało to również odrzucenie natrętnego modelu reklamowego, z którego słynęły platformy Mety. Kierownictwo było nieugięte w kwestii unikania reklam. Skupili się na powiększaniu bazy użytkowników i doskonaleniu doświadczenia przed wprowadzeniem funkcji monetyzacji.

Kroczyli utartą startupową ścieżką: żyj z finansowania inwestorów podczas budowania bazy użytkowników, a zarabiaj później. Pozyskali 30 milionów dolarów w 2021 roku i dodatkowe 90 milionów dolarów rok później.

Jednak prowadzenie platformy z dziesiątkami milionów użytkowników jest niezwykle kosztowne, a bez przychodów firma przepalała ogromne sumy. 

Podobnie jak Vine, problem nie sprowadzał się tylko do monetyzacji. Ta sama funkcja, która katapultowała BeReal na szczyt App Store, ostatecznie przyczyniła się do jego upadku. Podczas gdy pokolenie Z początkowo entuzjastycznie przyjęło autentyczne podejście do udostępniania treści społecznościowych, świeżość losowych codziennych powiadomień szybko zaczęła się zużywać.

To, co w teorii wydawało się nowe i intrygujące, w praktyce okazało się niezwykle frustrujące. Wyobraź sobie, że otrzymujesz powiadomienie BeReal podczas jazdy samochodem, rozmowy kwalifikacyjnej, ważnego spotkania lub po prostu w trakcie intensywnej pracy – sytuacje, w których zatrzymanie się w celu zrobienia zdjęcia w ciągu dwóch minut nie jest ani praktyczne, ani odpowiednie.

To, co zaczęło się jako zabawny codzienny rytuał, stopniowo przekształciło się w obowiązek, a następnie w irytację. Spontaniczny charakter BeReal – jego cecha charakterystyczna – ostatecznie stał się jego największym obciążeniem, ponieważ użytkownicy zmęczyli się koniecznością porzucenia wszystkiego, aby wziąć w nim udział.

Codzienne przypomnienie o zdjęciu ewoluowało z ekscytującej zachęty do autentycznego udostępniania w coraz bardziej uciążliwy obowiązek, który wielu użytkowników ostatecznie zdecydowało się całkowicie zignorować.

Aplikacja stworzona po to, by uciec od performatywności mediów społecznościowych, sama stała się kolejnym przykrym obowiązkiem. I może właśnie w tym tkwi prawdziwa lekcja – nie uciekniemy od cyklicznej natury mediów społecznościowych, w której wczorajsza rewolucja staje się dzisiejszą konwencją, a jutrzejszym przeżytkiem.

A może jedynym prawdziwym „anti-social media” jest... życie bez mediów społecznościowych? Rewolucja, którą najtrudniej przeprowadzić.

Maciej Marek

Główne źródła:
LINK 1
LINK 2
LINK 3

Jak Baselinker pozwala mi czytać więcej książek?

Zawsze uważałem się za człowieka, który lubi kontrolę. Wszystko musiało być pod moją czujną opieką – od zamówień, przez faktury, aż po wiadomości do klientów.

Problem w tym, że kiedy Twoja firma zaczyna rosnąć, a Ty masz więcej na głowie niż menedżer w restauracji szybkiej obsługi w piątkowy wieczór, to szybko odkrywasz, że kontrolowanie tego wszystkiego (ręcznie!) to jak próba upilnowania stada małych, ale psotnych kotków.

I wtedy ktoś mądry polecił mi spróbować BaseLinkera – system, który podejrzanie przypomina dodatkowego, nieomylnego pracownika, ale takiego, który się nie męczy, nie bierze urlopu i nie zapomina o niczym.

Pierwsze wrażenie? "To chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe." Ale wystarczyło kilka kliknięć, żeby przekonać się, że faktycznie działa. Integracja ze sklepami internetowymi i marketplace’ami? Jest. Automatyzacja zamówień i wysyłek? Jest. Fakturowanie bez bólu głowy? Też jest. W jednej chwili przestałem być człowiekiem od ciągłego kopiowania numerów paczek i wklepywania ich ręcznie do systemu.

BaseLinker stał się moim cyfrowym dyrygentem logistyki, a ja mogłem wreszcie zająć się tym, co naprawdę lubię – planowaniem kolejnych produktów (jak książki o startupach albo dla dzieci), a nie liczeniem etykiet przewozowych.

Największy game-changer? Automatyzacja obsługi klienta. Och, taaak! Wiecie, ile razy musiałem odpowiadać na pytania typu „Czy moja paczka już wyszła?” albo „Jaki mam numer przesyłki?? Gdyby dostawał złotówkę za każde takie pytanie byłbym bogatszy niż Elon Musk. Teraz BaseLinker grzecznie informuje moich klientów - wysyła powiadomienia i odpowiada na maile szybciej, niż zdążę zaparzyć sobie herbaty.

Efekt uboczny? Zacząłem czytać więcej książek bo Baselinker uwolnił mi czas, który poświęcałem na nudną robotę. Teraz mogę skupić się na rzeczach, które naprawdę mają znaczenie (jak pisanie postów o AI na Linkedin ;). 

Więc jeśli prowadzisz sklep internetowy jak ja (albo kilka) i czujesz, że logistyka zaczyna Cię przytłaczać, BaseLinker stanie się twoim najlepszym przyjacielem.

...szczególnie jeśli lubisz czytać książki a nie masz na to czasu ;)

Zdobądź praktyczną wiedzę o AI w jeden dzień!

Od ponad 2 lat dzielę się wiedzą na temat genAI. Teraz czas na syntezę! 🚀 

Już 8 maja wraz z Przemkiem Jurgiel-Żyłą organizujemy praktyczne warsztaty z absolutnych podstaw AI.

💡 Największy problem z AI?

Ludzie nie wiedzą, jak i po co z niego korzystać. Firmy kupują abonamenty na ChatGPT, Claude’a czy Perplexity… a potem nikt ich nie używa. Bo brakuje praktycznej wiedzy – takiej, którą można zastosować od razu.

Na warsztatach pokażemy Ci:

  • Jak używać AI do codziennej pracy – bez technicznego żargonu.

  • Jak pisać skuteczne prompty i zadawać właściwe pytania AI.

  • Jak generować proste grafiki, animacje, a nawet kod – nawet jeśli nigdy nie programowałeś/aś!

  • Jak oszczędzać czas i automatyzować zadania w pracy i życiu codziennym.

Dla kogo są nasze warsztaty?

Dla każdego, kto chce wykorzystać AI w praktyce: marketingowców, dziennikarzy, naukowców, freelancerów, małych przedsiębiorców, ludzi z sektora publicznego.

Do 27 marca obowiązuje niższa cena!

Nie czekaj – zarezerwuj swoje miejsce już dziś i zacznij realnie wykorzystywać AI.

Twój sklep działa na Shopify? Zobacz ten event!

Uwielbiam e-commerce i jestem olbrzymim fanem Shopify jako firmy i ich usług

Dlatego wraz z Marcinem Rudzikiem tworzymy DTC Shopify Meetup...👇️ 

To będzie event skoncentrowany na kwestiach sprzedaży w modelu DTC (Direct-to-Consumer). Ambicje mamy wielkie, od razu komunikujemy, że niebawem chcemy wyjść poza granice Polski i zrobić większe wydarzenie dla całego CEE.

No, ale od czegoś trzeba zacząć 🙂

Nasza obietnica: dla społeczności i przedsiębiorców budujących swój biznes na Shopify dowieźć najlepszy event, na którym będzie można dowiedzieć się konkretów, zdobyć kontakty i nawiązać współpracę.

Biletów nie jest dużo, więc kto pierwszy, ten lepszy.

Z pierwszych, potwierdzonych mówców i mówczyń pojawią się: Ewa Dudzic-Filasetaudzic , Adam Jesionkiewicz i Tymoteusz Wiśniowski.

Gdzie: Warszawa / Muzeum Gazowni Warszawskiej

Kiedy: 2 kwietnia 2025

Cena: 199 zł netto

Zapraszamy do współpracy - prelegentów i partnerów.

📰NEWSY WARTE TWOJEJ UWAGI

Choć wyszukiwarka Google wciąż przynosi gigantyczne zyski to korporacja czuje się zagrożona. Firma rzuciła ogromne siły do pracy nad generatywną sztuczną inteligencją. ChatGPT pokazał światu, że można szukać informacji inaczej. Bez przeklikiwania stron, bez długiego czytania - po prostu pytasz i dostajesz gotową odpowiedź. Google próbuje nadrobić stracony czas, dodając podobne funkcje do swojej wyszukiwarki.

Firma 1X szykuje się do odważnego kroku - chce wysłać swoje roboty Neo Gamma do tysięcy domów. Testy mają ruszyć pod koniec 2025 roku. Na początek roboty nie będą w pełni samodzielne. Za ich działaniami będą czuwać operatorzy, którzy w razie potrzeby przejmą kontrolę. Co ważne — domownicy sami zdecydują, kiedy pracownik firmy może "patrzeć" oczami robota. Dla 1X to przede wszystkim kopalnia danych. Obserwując, jak robot radzi sobie w ze żmudnymi zadaniami, będą w stanie stworzyć program szkoleniowy do rozwoju robotów.

Apple szykuje małą rewolucję w swoich zegarkach. Firma chce wyposażyć Apple Watcha w kamery, które wraz z AI otworzą zupełnie nowe możliwości. Zegarek mógłby rozpoznawać obiekty wokół ciebie czy tłumaczyć tekst uchwycony na zdjęciu. Jednak to tylko plany, a firma odstaje w wyścigu AI.

Sam Altman, twórca OpenAI, opowiedział w wywiadzie o swojej drodze od studenta do lidera technologicznej rewolucji. Mówi o początkach firmy, kulisach powstania ChatGPT i wyzwaniach związanych z budowaniem OpenAI. Dzieli się przemyśleniami o przyszłości sztucznej inteligencji, zdradza, nad czym obecnie pracują jego zespoły.

Jak Ci się podoba dzisiejsze wydanie?

Login or Subscribe to participate in polls.