- TECHNOFOBIA
- Posts
- Grammarly, imperium warte 13 miliardów dolarów | TECHNOFOBIA | Newsletter Artura Kurasińskiego
Grammarly, imperium warte 13 miliardów dolarów | TECHNOFOBIA | Newsletter Artura Kurasińskiego
W 2024 roku trudno wyobrazić sobie pisanie na komputerze bez automatycznej korekty. Każdy edytor tekstu, każda przeglądarka i każdy telefon podkreśla nasze błędy czerwoną linią. Sztuczna inteligencja potrafi napisać całe dokumenty od podstaw. W takich realiach sukces prostego narzędzia do sprawdzania gramatyki wydaje się niemożliwy…
A jednak Grammarly nie tylko przetrwało – jego wycena oscyluje dziś wokół 13 miliardów dolarów. To historia o tym, jak trzech przedsiębiorców z Ukrainy dostrzegło szansę, w miejscu, w którym inni widzieli tylko czerwony ocean.
Alex Shevchenko, Max Lytvyn i Dmytro Lider, którzy później zostali obywatelami Kanady, nie byli nowicjuszami w świecie technologii edukacyjnej. Zanim stworzyli Grammarly, założyli MyDropbox (niezwiązany z popularną obecnie usługą przechowywania plików) – narzędzie pomagające uczelniom wykrywać plagiaty. To doświadczenie dało im głębokie zrozumienie potrzeb środowiska akademickiego.
Kiedy przyszedł czas na uruchomienie Grammarly, zamiast celować w korporacje z zasobnymi portfelami, skierowali swoją uwagę na studentów – grupę znaną z ograniczonych budżetów.
W świecie startupów, w którym większość firm desperacko walczy o kontrakty korporacyjne, taka strategia wydawała się samobójstwem. Monetyzacja rynku studenckiego była piętą achillesową wielu obiecujących przedsięwzięć. Co sprawiło, że Grammarly odniosło sukces tam, gdzie inni ponieśli porażkę?
PÓJŚCIE POD PRĄD
Na początku podejście Grammarly do rynku studenckiego spotkało się z krytyką.
Nieoczekiwanie, największymi ambasadorami produktu stali się nauczyciele. Zaczęli włączać Grammarly do programów nauczania i aktywnie polecać je swoim studentom. W ten sposób firma zyskała organiczny kanał wzrostu, którego nie dało się kupić za żadne pieniądze.
Kolejnym kontrowersyjnym krokiem było stworzenie samodzielnego edytora internetowego zamiast integracji z istniejącymi platformami do pisania. Z technicznego punktu widzenia było to prostsze rozwiązanie, ale wymagało od użytkowników dodatkowego wysiłku – musieli kopiować i wklejać swoje teksty do osobnego środowiska.
Do 2015 roku Grammarly, mimo tych pozornych ograniczeń, zgromadziło milion aktywnych użytkowników i generowało znaczące przychody. Wtedy firma podjęła decyzję, która mogła albo wynieść ją na szczyt, albo całkowicie pogrzebać – podstawowa wersja produktu stała się darmowa.
Zwrot w kierunku modelu freemium okazał się strzałem w dziesiątkę. Połączenie darmowej wersji z rozszerzeniami do przeglądarek, które działały wszędzie tam, gdzie użytkownicy pisali w internecie, wywołało prawdziwą eksplozję wzrostu. W zaledwie pięć lat baza użytkowników wzrosła z 1 do 30 milionów.
Jednak sukces Grammarly nie wynikał wyłącznie z doskonałego produktu i organicznego wzrostu. Firma opracowała strategię marketingową, która na stałe zapisała się w historii marketingu technologicznego – a jej epicentrum znajdowało się na YouTube.
Liczby mówią same za siebie – filmy Grammarly na YouTube osiągnęły 5 miliardów wyświetleń. Większość z nich pochodziła z płatnych reklam – po prostu wyskakiwali z lodówki.
Co wyróżniało te reklamy? Przede wszystkim mistrzowskie wykonanie. Wysokiej jakości produkcja, demonstracje produktu w czasie rzeczywistym i – co najważniejsze – umiejętność przekazania kluczowego przesłania w ciągu pierwszych 5 sekund, zanim widz zdążył kliknąć przycisk „Pomiń”.
Zadział nie tylko dobrze opracowany scenariusz reklamy. Grammarly wykorzystała specyficzną strukturę płatności platformy na swoją korzyść. YouTube pobierał opłaty od reklamodawców tylko za wyświetlenia trwające dłużej niż 30 sekund w przypadku dłuższych reklam.
Co to oznaczało w praktyce? Każde krótsze wyświetlenie stawało się darmową ekspozycją marki. Grammarly wykorzystało tę lukę do maksimum – nawet jeśli użytkownicy pomijali ich reklamy po kilku sekundach, firma i tak osiągała swój cel: budowanie świadomości marki bez dodatkowych kosztów.
Ta sprytna strategia pozwoliła firmie zoptymalizować wydatki reklamowe, jednocześnie maksymalizując zasięg.
MATEMATYKA SUKCESU
W 2017 roku firma pobierała 29 dolarów miesięcznie lub 140 dolarów rocznie za swoje usługi. Osiągnęła coś, co wydawało się niemożliwe – niezwykle efektywny model pozyskiwania klientów.
Analiza wskaźników biznesowych Grammarly pokazuje mistrzowski poziom optymalizacji. Koszt pozyskania nowego użytkownika utrzymywał się poniżej 47 dolarów – zaledwie jednej trzeciej przychodu generowanego przez klienta w pierwszym roku. To wynik znacznie lepszy niż branżowe standardy.
Każda rejestracja kosztowała firmę około 1,40-1,50 dolara. Biorąc pod uwagę, że średni koszt wyświetlenia reklamy na YouTube wynosił 7 centów, oznaczało to, że jedno na dwadzieścia wyświetleń prowadziło do rejestracji – wynik, o którym większość firm może tylko pomarzyć.
Co więcej, początkowy boom zdobyli bez zewnętrznego finansowania.
Dopiero po latach samodzielnego wzrostu firma zdecydowała się na pierwszą znaczącą rundę – 110 milionów dolarów od General Catalyst. Agresywne kampanie marketingowe finansowały się same dzięki dochodowym operacjom.
Po tej inwestycji tempo wzrostu tylko przyspieszyło. Dwa lata później firma pozyskała kolejne 90 milionów, osiągając status jednorożca, a w 2021 roku dodatkowe 200 milionów.
Według Forbesa, ta seria inwestycji doprowadziła do wyceny Grammarly na 13 miliardów dolarów.
Pomimo sukcesów finansowych Grammarly stanęło przed bezprecedensowym wyzwaniem. W listopadzie 2022 roku pojawił się czarny łabędź, którego nikt w się nie spodziewał – ChatGPT. Jego debiut i następująca po nim eksplozja popularności generatywnej sztucznej inteligencji postawiły Grammarly przed egzystencjalnym pytaniem: czy świat nadal potrzebuje narzędzia do sprawdzania gramatyki, gdy AI może tworzyć idealne teksty od podstaw?
W czasach, gdy sztuczna inteligencja potrafi napisać całą książkę, Grammarly nadal zachowuje swoją pozycję na rynku. Kluczem do tego jest głębokie zrozumienie, jak ludzie piszą naprawdę oraz w jaki sposób komunikują się w różnych kontekstach.
Weźmy prosty przykład: analiza skryptu na YouTube. Nie jest to nieformalny dokument biznesowy czy praca naukowa – to tekst konwersacyjny, który ma brzmieć naturalnie i autentycznie. Właśnie w takich sytuacjach Grammarly pokazuje swoją prawdziwą wartość.
Narzędzie wykazuje świadomość kontekstu. Owszem, wyłapuje podstawowe błędy, takie jak nieprawidłowe użycie wielkich liter. Jednak jego prawdziwa siła twki w subtelnych sugestiach poprawiających jasność przekazu. Na przykład, zamiast ogólnikowego „dużo” proponuje bardziej precyzyjne określenia – i robi to z wyczuciem, nie narzucając formalnego tonu tam, gdzie nie jest on pożądany.
Dla porównania, wbudowany moduł sprawdzania w Apple Pages, analizując ten sam tekst, nie wykrywa żadnych problemów.
To właśnie ta zdolność pozwala Grammarly prosperować nawet w erze wszechobecnej AI.
KONKURENCJA ZOSTAJE W TYLE
Statystyki nie kłamią. W analizowanym tekście, w którym Grammarly zidentyfikowało 122 potencjalne ulepszenia, narzędzie Microsoftu (nawet w wersji premium) zauważyło jedynie problem z wielką literą w słowie „YouTube”. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że Dokumenty Google – mimo że YouTube należy do tej samej firmy – nie wykryły żadnych błędów.
Innowacyjność Grammarly kryje się w pozornie prozaicznych detalach interfejsu. Weźmy system korekty oparty na najechaniu kursorem i kliknięciu. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to błahą zmianą w porównaniu do tradycyjnego podwójnego kliknięcia stosowanego w większości edytorów.
Praktyka pokazuje jednak, że jest inaczej. Gdy pracujesz nad długim dokumentem, wprowadzając setki poprawek, każda mikrosekunda zaoszczędzona na interakcji sumuje się do znaczących oszczędności czasu. Co więcej, dzięki wtyczkom do przeglądarek i aplikacjom desktopowym, to płynne doświadczenie pozostaje niezmienne niezależnie od platformy, na której piszesz.
Choć Grammarly wprowadza AI do swojego produktu, ich głównym celem – oprócz eliminowania błędów – jest utrzymanie unikalnego stylu autora.
Dodatkową wartością jest to, że sugerowane poprawki to nie tylko mechaniczna korekta – to także lekcja. Użytkownicy nie tylko poprawiają bieżący tekst, ale też uczą się na swoich błędach, stopniowo rozwijając umiejętności językowe. W ten sposób Grammarly nie zastępuje autora, lecz wspiera go w rozwoju.
CO DALEJ Z GRAMMARLY?
Według prognoz na 2025 rok, generyczne teksty tworzone przez sztuczną inteligencję stracą na wartości. Ludzie stają się przesyceni jednolitymi, bezosobowymi treściami. W tym kontekście strategia firmy wydaje się wyjątkowo trafna.
Zamiast próbować zastąpić autora, apka konsekwentnie rozwija hybrydowe podejście – narzędzia wspomagającego proces pisania, ale zachowującego przy tym unikalny głos piszącego. To pozwala wykorzystać moc sztucznej inteligencji, jednocześnie zachowując ludzki element, który nabiera coraz większego znaczenia w świecie zalanym generycznym kontentem.
Choć w branży technologicznej pojawiają się spekulacje o potencjalnym IPO Grammarly, firma nie ogłosiła oficjalnych planów w tym kierunku.
Niezależnie od przyszłych decyzji biznesowych jedno jest pewne – historia Grammarly pokazuje, że nawet pozornie proste narzędzie do sprawdzania pisowni może przekształcić się w globalnego giganta – i to w czasach, gdy mogłoby się wydawać, że zanika tradycyjny warsztat pisarski.
Maciej Marek
Twój sklep działa na Shopify? Zobacz ten event!
Uwielbiam e-commerce i jestem olbrzymim fanem Shopify jako firmy i ich usług
Dlatego wraz z Marcinem Rudzikiem tworzymy DTC Shopify Meetup...👇️
To będzie event skoncentrowany na kwestiach sprzedaży w modelu DTC (Direct-to-Consumer). Ambicje mamy wielkie, od razu komunikujemy, że niebawem chcemy wyjść poza granice Polski i zrobić większe wydarzenie dla całego CEE.
No, ale od czegoś trzeba zacząć 🙂
Nasza obietnica: dla społeczności i przedsiębiorców budujących swój biznes na Shopify dowieźć najlepszy event, na którym będzie można dowiedzieć się konkretów, zdobyć kontakty i nawiązać współpracę.
Biletów nie jest dużo, więc kto pierwszy, ten lepszy.
Z pierwszych, potwierdzonych mówców i mówczyń pojawią się: Ewa Dudzic-Filasetaudzic , Adam Jesionkiewicz i Tymoteusz Wiśniowski.
Gdzie: Warszawa / Muzeum Gazowni Warszawskiej
Kiedy: 2 kwietnia 2025
Cena: 199 zł netto
Zapraszamy do współpracy - prelegentów i partnerów.
📰NEWSY WARTE TWOJEJ UWAGI
Claude gra w Pokemony
Na Twitchu można oglądać nietypowy stream - najnowszy model AI Claude 3.7 Sonnet od Anthropic gra w Pokémon Red. Firma twierdzi, że ta gra to dobry sprawdzian dla ich AI, bo zawiera zagadki wymagające logicznego myślenia. Model radzi sobie nieźle - zdobył już trzy odznaki. Ma jednak problemy - czasem nie potrafi obejść ściany albo myli postacie, na przykład bierze przypadkowych NPC za Profesora Oaka w jego laboratorium.
DeepSeek chce wykorzystać sukces swojego modelu R1 i jak najszybciej wypuścić następcę. Firma planowała wydać model R2 na początku maja, ale teraz chce przyspieszyć premierę. Nowy model ma mieć lepsze umiejętności programowania i będzie potrafił rozumować w językach innych niż angielski.
Figure pokazała nowy model AI dla robotów humanoidalnych. Model VLA (Vision-Language-Action) łączy rozpoznawanie obrazu z poleceniami głosowymi, co pozwala szkolić roboty przy użyciu filmów i dużych modeli językowych. Ich model Helix pozwala robotom rozumieć zwykłe polecenia i podnosić nieznane wcześniej przedmioty o różnych kształtach, rozmiarach i materiałach. Prace nad Helixem są jednak na wczesnym etapie, więc do prezentowanych możliwości warto podchodzić z dystansem.
Firma znana z wyszukiwarki AI, szykuje nowy produkt - przeglądarkę Comet. Można już zapisać się na listę oczekujących, choć wciąż nie znamy szczegółów. Wiemy tylko, że ma to być "przeglądarka do wyszukiwania agentowego". To kolejny krok w rozwoju Perplexity, które niedawno wypuściło narzędzie deep research, asystenta na Androida i API.
Jak Ci się podoba dzisiejsze wydanie? |